22 sty 2017

Randka z serialem

Pisałam ostatnio o kulturze przesytu. Amerykański komik - Jim Gaffigan - w jednym ze swoich występów opowiadał o przesycie serialami. Jest tyle seriali, które warto, a nawet trzeba zobaczyć, że to przytłacza, a on sam nie daje już z tym rady. Presja otoczenia jest tak duża, że wymyśla wymówki dla znajomych, dlaczego nie jest na bieżąco z popularnym serialem. I kiedy kończy jeden serial, musi obejrzeć następny. 
Stwierdza nawet: Teraz znów muszę nauczyć się czytać. I udając, że otwiera książkę mówi: Otworzę książkę i przekonam się, czy nadal potrafię to robić? Czy czytaliście ostatnio książkę? Nie na tablecie, czy laptopie? Człowiek czuje się jak Abraham Lincoln. Kiedy trzeba to [książkę] odnieść do muzeum? 
Opowiada o kompulsywnym oglądaniu seriali, nawet tych, których człowiek nie lubi za bardzo i trudno mu skończyć z oglądaniem w trakcie, bo chce poznać dalsze losy bohaterów. Oglądanie nowego serialu porównuje do randki w ciemno ("Kolega mi mówił, że jesteś super, mam dziś wolny wieczór, więc..."). Stwierdza nawet, że "znajdujemy się w związkach z serialami".


Dużo w tym wszystkim przesady - jak to w konwencji "stand-up" - ale też trudno się nie zgodzić z istnieniem takiego zjawiska. Mam tak z "Grą o tron", chociaż przy pierwszym podejściu nic nie wskazywało na dłuższą znajomość 😉 Kiedy jednak serial mnie nie wciąga, porzucam go bez żalu, a teraz na niektóre po prostu szkoda mi czasu. Oglądacie pasjami seriale? Które najbardziej Was wciągnęły? Przez, które zdarzyło Wam się zarwać noc? 

4 sty 2017

150 tytułów rocznie

W wywiadzie z Józefem Henem czytam:
Czytam od wczesnego dzieciństwa. Pierwsze książki kupowałem na bazarze między Nowolipiem a Lesznem. Było nas w domu czworo, ja najmłodszy, każde brało książki z innej wypożyczalni. Od szóstego roku życia, kiedy poszedłem do szkoły, interesowałem się historią, czytałem podręczniki moich starszych sióstr. Czytałem z takim zainteresowaniem, jakby to były kryminały. Chyba nie bez powodu - kryminalistów w historii nie brakowało.
Niedawno obliczyłem, że przez ostatnie dziewięć dekad mogłem przeczytać około 6 tys. książek. Przy wnikliwym czytaniu, a nie kartkowaniu można czytać 150 tytułów rocznie. W tym tempie kilka tysięcy jest na wyciągnięcie ręki. Oczywiście, można przeczytać miliony stron i nic nie zrozumieć.
Aby czerpać pożytek z czytania, trzeba mieć zdolność do refleksji. Nie wystarczy być człowiekiem myślącym. Myślec można mądrze, można głupio.
Katarzyna Grochola pytana, czemu jej książki cieszą się takim powodzeniem, odpowiedziała: bo są szczere, bo czytelnicy czują tę szczerość. Na co ja mówię: szczerość to nie jest kategoria literacka. Książki Grocholi mają zapewne też inne zalety. Można pisać złe książki całkiem szczerze. Można ze szczerością pisać książki podłe. 
 [źródło cytatu: Wysokie Obcasy 53(912), 31.12.2016]

150 książek rocznie? Przy wnikliwym czytaniu? Nie wiem, czy sprostam wyzwaniu 52 książek... No, chyba, że wygram jakąś okrągłą sumkę (czego i Wam życzę), to wtedy oddam się czytaniu i rozmyślaniu o książkach, a nie pracy zawodowej... E, też nie... Nie wytrzymałabym bez biblioteki... 😉

30 gru 2016

Czytelnik-ultras

Nie czytam. Nie mogę, nie skupiam się, nie ogarniam. Książkowo-zimowe przesilenie. Po głowie - z której ktoś wyjął mózg i włożył kłębek waty (takie mam wrażenie) krąży mi słowo nadmiar (i o watę się obija). Widać codzienne obcowanie z książką rodzi panikę wyboru, a w konsekwencji jego brak. O nadmiarze traktuje jeden z archiwalnych numerów kwartalnika Kultura współczesna

W artykule profesora Tomasza Szlendaka przeczytać można o konsekwencjach życia w kulturze przesytu i przeładowania - epoce dyktatury nadmiaru i hegemonii nadprodukcji kulturowej, której sprzyja brak kanonu kulturowego, schematyczna ocena dóbr kultury i Internet jako miejsce do ekshibicji i źródło darmowego dostępu do kultury.
Wypalenie zawodowe, rwanie społecznych więzi, osłabienie zdolności poznawczych czy nawet depresja - to rezultat nadmiaru cechującego kulturę zachodnią. Zalew idei, informacji, bodźców męczy i utrudnia życie, powoduje utratę poczucia kontroli. Do tego dochodzi ustawiczne pobudzenie i prze-koncentrowanie. Doskwiera nam coraz częściej lęk informacyjny i lęk przed utratą atrakcyjnych sposobności, ale co najważniejsze "radykalnie obcina budżet czasu, w którym można po prostu żyć". Widać to doskonale na przykładzie Facebook'a - zasiadając przed ekranem komputera mam wrażenie zasysania wielu godzin, bez żadnego wymiernego efektu. Artykuł definiuje także w jaki sposób człowiek radzi sobie z poczuciem nadmiaru, który - co ciekawe - nie dotyczy młodego pokolenia, znającego Internet i oswajającego się z nowymi technologiami od urodzenia.



Szczególnie jednak polecam uwadze artykuł Literatura i nadmiar profesora Przemysława Czaplińskiego. Pisze on:
W 2010 roku na polskim rynku ukazało się prawie 30 tys. tytułów. W tej licznie - prawie 5 tys. książek z literatury pięknej. W tym ponad 3 tys. z literatury polskiej. W tym ponad 800 z dziedziny prozy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto postanowił to pochłonąć. Taki książkowy fundamentalista, czytelnik-ultras, lekturowy ekstremista, aby podołać dorobkowi jednego roku, musiałby czytać dwa tysiące siedemset książek miesięcznie; osiemset tygodniowo; ponad sto dziennie; pięć na godzinę. Jedną książkę w dwanaście minut. Bez przerw, odpoczynków, snu, zmiany zajęcia. Gdyby nasz ultras chciał ograniczyć zadanie do literatury polskiej, i tak musiałby czytać 15 książek dziennie. Nawet redukcja do samej prozy wymagałaby pochłaniania prawie 3 książek na dzień. Nikt - nawet książkowy hezbollah - nie byłby w stanie tego dokonać. 
Profesor Czapliński stwierdza jednak, że kultura zawsze jest nadmiarem i to poczucie przepełnionego świata to tak naprawdę poczucie zgubionych możliwości zapanowania nad wielością i rozpacz nad utraconą przeszłością, w której potrafiliśmy wyznaczyć miarę. Bo współczesny czytelnik obcuje z wielością książek, które nie tworzą całości, nie dają się opanować przy użyciu jakiegoś miernika - literatura to stan permanentnego i rosnącego rozproszenia. Przyrastająca mnogość dzieł nie daje się uporządkować w stabilny zbiór zwany kanonem, bo kontakt z dziełem literackim ma charakter nominalny i doraźny.

Czy też przytłacza Was nadmiar literackiej produkcji? Jak sobie z tym radzicie? Macie swój kanon, czy Wasza biblioteczka - tak jak moja - to granat wrzucony do księgarni? 😉

18 gru 2016

Cała kultura na ramionach bibliotekarek

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Joanną Bator, przeprowadzony przez Dorotę Wodecką:

Dorota Wodecka: Między Ząbkowicami Śląskimi i Świdnicą piła pani ze słoika zdrowie bibliotekarek. Dlaczego ich właśnie?

Joanna Bator: Wtedy piłam za ich zdrowie sok brzozowy, który dostałam po spotkaniu autorskim w Ząbkowicach Śląskich, w koszu z domowymi przetworami, wiejskimi jajami i świeżym chlebem. Na ramionach bibliotekarek opiera się w Polsce kultura. Zwłaszcza w małych miejscowościach. (...) Od dziesięciu lat trochę podróżuję po Polsce na spotkania. Najczęściej z dworca odbierają mnie osoby związane z lokalną kulturą. Często bibliotekarki. Z głowami pełnymi pomysłów, lubiące miejsce, w którym żyją. Opowiadają mi o swoich inicjatywach, pokazują lokalne atrakcje, oprowadzają po bibliotece, a potem na spotkanie przychodzi sto-dwieście osób. 

Cały wywiad do przeczytania tu>>>

17 lis 2016

Książka jak żywe stworzenie

Pięknie opowiedział o książkach i księgach Jan Peszek:

Książka ma swój zapach, dotyk, dźwięk i ciężar. Nie wyobrażam sobie, żebym czytał literaturę z jakichkolwiek innych „transporterów”, po których ślizga się palcem, są niezmysłowe, sterylne, odarte z szelestu kartek, zawierają tysiąc książek, w związku z czym są takie jakieś bezpieczne, a bezpieczeństwo nie przynosi dreszczu emocji, którego potrzebuję, by żyć.

W moim rodzinnym domu zawsze się czytało, a książki były żywymi stworami, które mieszkały z nami pod jednym dachem. Dziś w moim krakowskim domu na wielkim strychu, gdzie jest dużo miejsca i święty spokój, mam całą bibliotekę. Są tam książki z dzieciństwa, młodości, prezenty od rodziców, przyjaciół (...). I jest też półka Olgi Tokarczuk, ze wszystkim jej wydanymi książkami, ale i pismami, które nigdy nie wyszły, a które dostaliśmy z córką od autorki w prezencie.


Pisarstwo Tokarczuk działa na mnie jak narkotyk, a ją samą uważam za kogoś absolutnie wybitnego. Gdyby jej nie było, czułbym jakiś nieuświadomiony straszny brak. To jest moim zdaniem pisarka totalna, a dotyczy to jej języka, erudycji, poglądu, filozofii, jakiegoś niezwykłego, nieobciążonego żadną oceną spojrzenia na nas, Polaków.

Nic więc na to nie poradzę, że „Księgi Jakubowe…” uważam za najważniejsze dzieło ostatnich lat. Dzieło, na które niecierpliwie czekałem, gdy tylko dowiedziałem się, że się ukaże. A gdy już było? Wiedziałem, że chcę powstrzymać moją pazerność, że nie chcę tego czytać na raz, bo z każdą przeczytaną stroną będzie mi żal, że książka topnieje, a ja chcę dawkować ten piękny język, który się przede mną otwiera w pełnej urodzie, kartka po kartce, wieczór po wieczorze. I faktycznie czekałem na te spotkania z księgami jak lis z „Małego księcia” na kroki przyjaciela. I tak było najlepiej.

Pamiętam też taki moment, kiedy wziąłem to niemal dwukilogramowe wielkie dzieło z sobą do pociągu i nagle poczułem silne spojrzenie na sobie. Podniosłem głowę, a tam grupa młodych Hiszpanów patrzyła na mnie z ogromnym zdumieniem, że nie mam czegoś tak ogromnego po prostu w tablecie. Kazałem im więc wziąć te „Księgi Jakubowe” do rąk, dotknąć i powąchać.

[źródło]


13 lis 2016

Obudź się, bibliotekarko! [książka]

Dzięki podpowiedzi koleżanki po fachu, przeczytałam kolejną powieść, traktującą o bibliotekarce. 
To"Obudź się, Karolino" autorstwa Aliny Białowąs. 
Bohaterką tej powieści jest Karolina Wysocka - "szczupła, wysoka, piegowata dziewczyna o długich, kręconych, rudych włosach i zielonych oczach". Karolina pracuje w bibliotece, razem z poznaną na studiach koleżanką Miśką. To Miśka załatwiła im pracę w bibliotece, najprawdopodobniej "po znajomych".
Karolina od kilku jest wegetarianką, a - jak podkreślone zostało w powieści - także dziewicą. Chciała pierwotnie zdawać na psychologię, ale ostatecznie wybrała bibliotekoznawstwo. Bała się, że po tym jak rzucił ją mężczyzna, nie będzie w stanie pomagać innym, ponieważ nie pomogła samej sobie. Miała też nadzieję, że książki wypełnią jej życie, jeśli nigdy nie spotka "prawdziwej miłości", bo "nic tak dobrze nie robi na głowę i serce jak praca w bibliotece"
Karolina poznaje w bibliotece Filipa - informatyka. Ten przychodzi do biblioteki po poradnik jak urządzić mieszkanie, a wychodzi pod rękę z bibliotekarką. Oczywiście Filip jest dupkiem, ale bohaterka tego nie dostrzega. Kiedy Filip chce przedstawić Karolinę swoim rodzicom, prosi, by ta nie przyznawała się, że pracuje w bibliotece, a jest lekarzem, bo "lekarka, brzmi lepiej od wypożyczam ludziom książki". Takich sytuacji jest w powieści mnóstwo, bo Karolina nie chce przejrzeć na oczy, czy - jak sugeruje tytuł powieści - obudzić się. 
Zdaje się, że autorka powieści pracuje lub pracowała w bibliotece, bo zna doskonale jej realia. Dla przykładu bohaterki zapominają przekręcić klucz w zamku i otworzyć bibliotekę na czas. Zaś główna bohaterka deklaruje:
Lubię zapach książek, więc gdy weszłam do środka, wciągnęłam nosem kilka razy powietrze, przepełnione charakterystycznym zapachem, zanim otworzyłam okno. 

Nie wiem, jak wy, ale ja nie wciągam stęchłego powietrza, gdy otwieram bibliotekę, tylko od razu otwieram okna, ale co kto lubi.
Na pewno powieść wyróżnia się na tle innych traktujących o pracy w bibliotece. Autorka wielokrotnie w tekście podkreśla, że w bibliotece panuje duży ruch. Bohaterki bywają tak zajęte, że nie mają czasu na "wypicie herbaty i zjedzenie kanapki". Czytelników jest tak wielu, że "stoją w kolejce", a bibliotekarki "uwijają się", by nikt nie wyszedł "rozczarowany, że musiał długo czekać". Zdarza się, że Karolina i Miśka "padają na dziób" ze zmęczenia po skończonej zmianie, a ruch jest tak wielki ("jak w Rzymie"), że "mają pełne ręce roboty", ale bohaterki zdają się "lubić takie dni". Za ten prawdziwy, a nie stereotypowy obraz pracy w bibliotece, należą się autorce ogromne podziękowania. 




2 lis 2016

Nędznicy. Springer o bibliotekach

Na ostatniej stronie ostatniego Dużego Formatu pojawił się tekst Filipa Springera dotyczący biblioteki, pod tytułem Nędznicy

Skrzypiąca podłoga, paździerzowe biurka z drewnopodobną okleiną, lekko zmęczone krzesła. Zapach kurzu i papieru. Cisza. Ludzie pochyleni nad książkami, ciepłe światło lampek miesza się z szarugą szturmującą okna (...). - O, już pan jest - poprawia okulary na nosie. - Proszę za mną. Idziemy do jej gabinetu. Krzesło, biurko, stary komputer, kilka kwiatków, sterta papierów.
Bibliotekarka opowiada o nie działającym komputerze w czytelni, braku środków na spotkania autorskie i przyoszczędzaniu na  pensjach bibliotekarek (jak się któraś rozchoruje, wtedy płaci ZUS).
 - A pani to nie wkurwia? - pytam, bo już nie wytrzymuję. Jeżdżę po Polsce i wszędzie od bibliotekarzy słyszę te same historie. Żebranie o pieniądze na nowe książki, walące się budynki i minimalne krajowe na liście płac od góry do dołu. - A co ja zrobię? - mówi (...) - Strajk bibliotekarek zorganizuję? My tu się z paniami razem trzymamy, żadna w sumie nie ma dzieci, niektóre samotne. Wielkich wymagań nie mamy, da się przeżyć. Dla pieniędzy tu nie jesteśmy, ale z miłości.
- Z miłości?
-Pan czytał "Nędzników"? - Dawno temu - kłamię. - A ja przy tym płaczę za każdym razem. I tutaj się mogę tą książką zaopiekować. - Ale czy to panią nie wkurwia? - powtarzam pytanie (...).
- Wie pan - mówi w końcu (...) - prezydent u nas w mieście zmienił się w 2014 r. Ale od tamtej pory nie znalazł czasu, żeby się ze mną spotkać, porozmawiać. A ja kieruję jedną z trzech instytucji kultury w tym mieście. No, ale nie znalazł. Radzę sobie, na te nowe komputery zachomikowałam pieniądze, kupiliśmy na Allegro, używane, ale aż cztery, na nowe nas nie stać. Ale za to stadion w mieście mamy nowy, z plastikowymi krzesełkami, piękny.


Filip Springer, Nędznicy, "Duży Format" nr 44/2017 31.X.2016.